Historia rodzinna utknęła trochę w miejscu. Materiały mam, tylko komputerowstręt mi dolega. Jak nie muszę, to nie siadamdo niego, a jak już muszę, to nie mam czasu, bo pracować trzeba.
Ale poprawię się!
Skończyłam na prababci Salomei.
Tzn. na jej temat nie wiadomo nic więcej niż to, co już opisałam.
Mieszkali w Dziegciarach na ziemiach brasławskich koło Wilna. Do kościoła chocdziło się do Zamosza albo do Belmont. Z butami na ramieniu i ściereczką w torbie, żeby umyć trochę nogi w pobliskim strumyku i założyć buty dopiero jak się wchodziło na szosę niedaleko kościoła.
W Belmontach był jeden z kilku pałaców Platerów, rodziny Emilii Plater. Babcia Hela chodziła do hrabiego Platera na zarobek.
Babcia Hela miała 3 starszych braci: Stanisława, Antoniego i Józefa. Stanisław walczył na wojnie we Francji i stamtąd przywiózł sobie żonę Marię. Antoni zamieszkał po wojnie w Warszawie. Tam ożenił się z wdową, która miała dwie córki. Ani jeden ani drugi nie miał własnych dzieci. Zmarli dosyć wcześnie, nikt z nas (wnuków Heleny) ich nie poznał osobiście.
Antoni Dalecki, brat Heleny, jest pochowany na Cmentarzu Powązkowskim w Alei Zasłużonych. Ciocia Teresa była już na jego grobie, na samym pogrzebie był jego brat Józef i babcia Hela. Pogrzeb był bez księdza, czyli zasługi musiały być partyjne.
Zagmatwanie będzie trwało. Rodzina się powiększyła o Sylwię (pozdrawiam :-)), pochodzącą po mieczu z Daleckich i po kądzieli z Atraszkiewiczów. I oczywiście o rodzinę Sylwii. Tamte korzenie sięgają nawet dalej.
I tu się pojawia jeszcze inny mezalians. Piotr Dalecki, brat Anny (?), brat cioteczny babci Heli (?), syn chłopa, zakochał się na śmierć w szlachciance i posunął się dalej niż mój pradziadek albo opór rodziny jego ukochanej był większy.
Wykradł on Franię, jego wybrankę, w nocy z domu i - żeby nikt nie stanął na drodze ich szczęścia - ożenił się z nią natychmiast potajemnie. Rodzina wyrzekła się Frani ale chyba wróciła ona później do łask. Muszę jeszcze zweryfikować, co się do tego przyczyniło.
W każdym razie, według informacji Sylwii (jeszcze nie doszłam do stopnia naszego spokrewnienia :-)), Antoni już przed wojną był bolszewikiem - komunistą w Leningradzie. Przyjechał przed wojną do domu swojej matki, zobaczył na ścianie święte obrazki i strasznie ją skrzyczał. Ona za to wygoniła go z domu.
Trzeci brat Heleny, Józef, mieszkał po wysiedleniu z Brasławszczyzny koło Zielonej Góry z żoną Bronisławą, też zza Buga, która mówiła z pięknym zaciąganiem.
...dzwiecza dzwony. stary rok juz zakonczony...
Nic nie postanowilam. Jak bedzie, tak bedzie.
Oby byl dla wszystkich pomyslny!
250 g masła
120 g cukru
2 jajka
440 g mąki
60 g kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
POLEWA:
4 łyżeczki cukru
troche sukru do posypnia
6 łyżeczek mleka
NADZIENIE CZEKOLADOWE:
180 ml śmietany
180 g ciemnej czekolady
Utrzeć masło z cukrem, dodać powoli jajka a potem resztę składników. Wyrobić gładkie ciasto i schłodzić je w lodówce (1 godz.)
Ciasto rozwałkować na grubość ok. 3 mm. Foremkami o różnych kształtach wycinyć ciasteczka (parami), układać na blaszkach.
Na polewę rozmieszać cukier z mlekiem aż się cukier rpzpuści, posmarować ciasteczka i posypać cukrem. Piec w temp. 200 stopni kilka minut.
Przygotować nadzienie. W garnku rozgrzać na małym ogniu śmietaę z czekoladą aż czekolada się roztopi, nie gotować! Zostawić do ostygnięcia. Potem ubić na gładką masę. Smarować ciasteczka i składać po dwa razem.
Proszę bardzo
Historia rodzinna nabiera rumieńców!
Muszę tylko posortować informacje, ale wygląda na to, że gdzieś tam jest jakaś rodzina! I w tej rodzinie nie było tylko mezaliansów jak u nas. Nie, nie! Tam narzeczona została porwana przez ukochanego aby ten mógł wziąć z nią ślub, któremu się przeciwstawiała jej wyżej (społecznie) postawiona rodzina.
Tylko dajcie mi parę dni wolnego, żebym powpisywała wszystkie znane mi fakty i potem dobrała do tego fakty z tej drugiej rodziny.
Tak to jest w życiu emigranta, że próbuje on łączyć tradycje wyniesione z domu z tradycjami panującymi w kraju. w którym się zadamowił. Tradycje domowe, żeby ich nie zapomnieć i nie wyobcować się zupełnie i tradycje tubylców, też żeby się nie wyobcować i ładnie przepisowo zintegrować.
Tradycja niemiecka nakazuje pieczenie od początku adwentu ciasteczek, które w większości przypadków świąt nie doczekują, chyba że się je dobrze schowa, ale te ciasteczka je się też według tradycji już wcześniej, głównie w niedziele adwentowe.
Nasza tradycja, moja tradycja, nakazuje pieczenie ciast tuż przed świętami. Będziemy więc mieli i makowce i całą masę ciasteczek.
Bo chodzi tu głównie o samo to pieczenie, wykrawanie, ozdabianie, ten nastrój... Upiekłam najpierw makaroniki z orzechami i czekoladą - zostały 4 sztuki, potem pierniczki - i tu zaczęło się przypalanie :-/
Pierniczki są, ozdobione, kolorowe. Potem rogaliki bananowo-czekoladowe. Dopiero po upieczeniu podwójnej porcji (bo nie miałam co zrobić z dojrzałymi bananami) przypomniałam sobie, że akurat te ciasteczka szybko wysychają i chyba będę się nadawać po kolejnym tygodniu do moczenia w herbacie albo do zrobienia jakiegoś ciasta. Przepis mam.
Wczoraj robiliśmy kokosanki, dziś rogaliki waniliowe (połowa też się przypaliła) i całą górę ciasteczek o wdzięcznej nazwie "czekoladowe marzenie". Są nadziewane kremem czekoladowym i zawsze jako pierwsze zostawały pochłaniane. Mam nadzieję że teraz też, tylko nie mam narazie śmietany na krem.
A potem?
Tuż przed świętami chciałabym jednak zrobić makowca i na tym już poprzestanę.
Dość będzie tradycji polskich dokoła świąt, w wigilię. Robimy jak zawsze tradycyjną, z opłatkiem, karpiem, bieganiem do samego wieczora, pasterką.
A wcześniej stawiany jest na głowie cały dom, żeby posprzątać wszystkie kąciki, bo to też jest dla mnie częścią tradycji. Wszystko musi pachnieć świeżością, za (prawie) każdą cenę :-).
Tak prószyło i prószyło, że ze 20 cm naprószyło. Mróz to zmroził, na drzewach czapy śniegu, wszystko oszronione, cudnie!
skomentuj (1)